Mitikas (2918 m n.p.m.). Część 1

Jednym z marzeń, którego nigdy nie zapisałem na mojej liście do odhaczenia, ale które tkwiło głęboko w mojej głowie, było zdobycie najwyższego szczytu Grecji,  położonego w masywie Olimpu – szczytu Mitikas. Olimp, dzięki greckiej mitologii, kojarzy nam się głównie z siedzibą bogów, przede wszystkim Zeusa. Pomysł zdobycia Olimpu, bo tak powszechnie mówi się o tym masywie górskim, zrodził się u mnie jeszcze w dzieciństwie.

Moje korzenie poprzez ojca Greka łączą się z Grecją i rejonem Olimpu. Przyjeżdżaliśmy tutaj całą rodziną w odwiedziny do krewnych i na wypoczynek. Grecka rodzina do dziś mieszka w górskiej wiosce Karia, z pięknym widokiem na jeden ze szczytów masywu Olimpu, który szczególnie utkwił w mojej pamięci. Ten majestatyczny, górujący nad doliną szczyt stał się moim marzeniem, mimo że jak się później dowiedziałem, nie jest najwyższy! Siedem lat temu, po raz ostatni wraz z moim ojcem przebywałem na wypoczynku na Riwierze Olimpijskiej. Tak się właśnie nazywa jeden z  najpiękniejszych nadmorskich regionów Grecji, położony u stóp Olimpu. Zwiedzając podczas tamtego pobytu klimatyczne górskie miasteczko Litochoro, dotarłem także do Prioni – miejsca, skąd rozpoczynają się wejścia na szczyty górskie Olimpu. Niestety, nie byłem wtedy przygotowany na wspinaczkę, ale obiecałem sobie, że tutaj wrócę i zdobędę górę  greckich bogów.

Taka okazja nadarzyła się w tym roku, gdy wybrałem Riwierę Olimpijską, żeby wypocząć, odwiedzić krewnych i… zdobyć Mitikas. Lipiec wydawał się dobrym miesiącem na wypoczynek, ale także idealnym czasem na górską wspinaczkę. Wakacje w turystycznej miejscowości Platamona zapowiadały się interesująco. Niestety, po kilku gorących i słonecznych dniach przyszła zmienna pogoda. Generalnie było ciepło, 27-30 st. Celsjusza, niestety słońce często przesłaniały chmury, zdarzał  się deszcz lub burza. Szczyty Olimpu praktycznie cały czas zakrywały chmury i mgły.

Z niecierpliwością czekałem na „okno pogodowe”, czyli sprzyjające warunki do wyjścia w góry. Taki moment nastąpił pod koniec pobytu, kiedy prognozy pogody pokazywały dobre warunki na Olimpie.

Jadąc na wypoczynek, zabrałem ze sobą buty do wyjścia w góry, bluzę oraz plecak. To było całe moje wyposażenie wspinaczkowe. Mitikas, o którym sporo czytałem, nie jest specjalnie trudną górą do wspinaczki, tylko ostatni odcinek może sprawić trochę kłopotu. Jednak już sama wysokość góry bogów – 2918 m n.p.m. wzbudza respekt. Moje wspinaczkowe doświadczenie nie jest duże. Całe dzieciństwo i młodość spędziłem w Beskidach, wspinając się dość często na Babią Górę oraz w pobliskich Tatrach. Niestety, po przenosinach w świętokrzyskie o górach zapomniałem. Także moje bieganie, odciągnęło mnie od młodzieńczej pasji. Teraz pozostał mi jeden  atut – kondycja oraz odległe młodzieńcze wspomnienia. Przygotowując się do wejścia na Mitikas, przeczytałem kilka blogów, oglądałem  też filmy dokumentujące wspinaczkę na ten „boski szczyt”. To dało mi pogląd na skalę trudności i utwierdziło mnie w przekonaniu, że dam radę! Wyruszyłem z hotelu o godzinie 4.30  rano. Mimo pełni księżyca było jeszcze ciemno, choć nad horyzontem Zatoki Tejmarskiej budził się powoli nowy dzień. Wokół  było cicho i spokojnie, nie słyszałem nawet zawsze głośnych cykad. Mocno podekscytowany, zapakowałem plecak pełny prowiantu i wody do samochodu i ruszyłem w stronę miasteczka Litochoro. Stamtąd czekała mnie jeszcze piętnastokilometrowa podróż krętą drogą do punktu Prionia, położonego na wysokości 1129 m n.p.m. Tam asfaltowa droga kończy się dużym parkingiem i małym schroniskiem. Stamtąd już tylko piechotą można udać się w dalszą dziewięciokilometrową drogę szlakiem >E4< na Mitikas. Czekało na mnie, bagatela 1800 metrów przewyższeń. Według opisów w internecie powinno mi to zająć  6-7 godzin wspinaczki (ok. 3 godziny do schroniska Spilios Agapitos, później kolejne  3-4 godziny ze schroniska na szczyt Mitikas).

Na parkingu z trudem znalazłem wolne miejsce. Po zaparkowaniu samochodu chłód dobudził mnie ostatecznie, założyłem na siebie jedyną bluzę i byłem gotowy do wspinaczki. Było ciemno, mimo to kilka osób szykowało się do wyjścia na szlak. Zarzuciłem plecak na siebie, spojrzałem na komórkę, była godzina 5.30 i wtedy zobaczyłem, że…. nie mam na niej zasięgu. Trochę tym przerażony, wyłączyłem i włączyłem telefon – niestety zasięgu dalej nie było. Pomyślałem o mojej

partnerce, która nie będzie miała ze mną kontaktu, tego faktu niestety, nie przewidziałem. Postanowiłem nie czekać na świt i ruszyć powoli na szlak w górę doliny Mavrologos. Przede mną na trasę wyruszyła para turystów w pełnym wspinaczkowym rynsztunku, z ogromnymi plecakami na plecach, oświetlając sobie drogę czołówkami. Ucieszyło mnie to, pomyślałem, że będzie mi trochę raźniej na trasie. Ja nie byłem tak dobrze przygotowany jak oni, drogę oświetlałem sobie komórką, licząc, że za moment przyjdzie świt. Pierwszy odcinek nie był stromy, szeroka ziemista trasa z licznymi schodami prowadziła przez gęsty las naszpikowany pojedynczymi formacjami skalnymi. Skały pod wpływem światła latarki przyjmowały różne złowrogie kształty. W oddali (jak się przy powrocie przekonałem) było słychać szum wodospadu na potoku Enipeas.
Trasa zmieniała kształt stając się wąską, stromą ścieżką pełną śliskich kamieni. Musiałem bardzo uważać, żeby się nie pośliznąć i nie upaść, zmrok wciąż otulał gęsty las. Generalnie szlak do schroniska jest dobrze oznaczony.  Przeważnie są to drewniane słupki z oznaczeniem >E4<, drewniane  tabliczki na rozwidleniach dróg, a powyżej schroniska znaki z czerwonej farby na skałach.

Wracam do moich towarzyszy na trasie. Niestety, może po 15 minutach wspomniani turyści zeszli ze szlaku, w oddali było widać kilka oświetlonych namiotów rozbitych na małej polance. Zostałem sam na trasie, zrobiło się cicho, przyspieszyłem kroku. Po 20 minutach było już na tyle jasno, że mogłem schować telefon latarkę. Szlak skręcał w lewo, przecinając  wyschnięte

koryto potoku, wypełnione dużymi głazami. Ziemia w tym miejscu była dość grząska, pewnie w wyniku ostatnich opadów deszczu. Po przebrnięciu przez grzęzawisko szlak odbijał mocno w górę, już po kilku minutach zrobiło mi się gorąco, mimo że temperatura otoczenia spadła. Po chwili dotarłem do murowanej wiaty, zorganizowanego miejsca wypoczynku ze stołem, ławami oraz tablicą z mapą pasma Olimpu. Tuż obok znajduje się obmurowane  źródełko wody pitnej. Na trasie powyżej będzie jeszcze jedno źródełko z wodą, dlatego warto tam uzupełnić zapasy wody. Zatrzymuję się na moment, zerkam na mapę, wypijam kilka łyków wody i ruszam dalej na szlak. Szkoda mi każdej chwili,  nie wiem, ile czasu zajmie mi wejście na szczyt. Zostawiam las z tyłu, na trasie coraz więcej skarłowaciałych formacji leśnych. Szlak coraz częściej biegnie po ścieżkach skalnych. Nie zatrzymując się, mijam rozwidlenie szlaków i trasę do „Christos Kakalos” Refuge C. Zbliżam się już do schroniska, które mnie interesuje „Spilios Agapitos”, Refuge A. Po drugiej stronie doliny, na występie skalnym, przebija się między drzewami czerwony kolor jego dachu. Zostało mi może kilkaset metrów wspinaczki. Ścieżka szlaku <E4> stromymi zakrętami mocno pnie się w górę, zataczając łuk, którym przechodzę na drugą stronę doliny. Na moment odsłania się zza chmur cel moje wspinaczki – Mitikas, potężny masyw skalny, przybierający formę niedostępnej twierdzy skrywającej bóstwa Olimpu.  Boska siedziba z tej perspektywy wydaje się niedostępna, wręcz nieosiągalna. Jednak ten widok mobilizuje mnie do jeszcze szybszej wspinaczki, która przychodzi mi zadziwiająco  łatwo. Przechodzę przez rynnę wypełnioną „śnieżnym jęzorem”, pokrytym igliwiem. Po drugiej stronie doliny ścieżka łagodnieje, nie jest już taka stroma, jest też szersza. Patrzę z podziwem na ogromne sosny bośniackie, które znalazły tutaj dobre warunki rozwojowe, osiągając ogromne rozmiary. Widać także działanie wichur i piorunów. Przy szlaku kilka ogromnych wypalonych kikutów tworzy dość przygnębiający obraz górskiej apokalipsy. Zbliżam się do schroniska, na szlaku pojawiają się kamienne schody, murki  oporowe – wytwór ludzkich rąk. Wchodzę na nieduży taras przed głównym wejściem do kamiennego budynku schroniska. Na tabliczce umieszczonej na ścianie budynku widać napis 2100 m n.p.m. Zerkam na zegarek, droga z Prioni do schroniska zajęła mi równe półtorej godziny. Byłem tym faktem mocno zbudowany.

Na tarasie podbiegają do mnie dwa spore psy, widać, że to stali mieszkańcy schroniska. Później jeden z nich będzie mi towarzyszył w drodze na szczyt. Przed schroniskiem spotkałem kilka osób, które szykowały się do wyjścia na szlak. W środku budynku duży ruch, mnóstwo młodych ludzi, jedni zajęci jedzeniem śniadania, inni szykujący ekwipunek do szturmu na szczyt. W holu schroniska nieduża lada z produktami spożywczymi, słodyczami i drobnymi pamiątkami, na prawej ścianie półki do przechowania plecaków i ekwipunków wspinaczkowych.


Z holu można przejść do dwóch dużych jadalni umieszczonych po prawej i lewej stronie pomieszczenia. Część hostelowa schroniska znajduje się w najbardziej oddalonym odcinku  rozbudowanego przez lata budynku, który mieści 110 miejsc noclegowych. Schronisko, jak dowiedziałem się już po zejściu, posiada także WiFi. Po obejrzeniu części gastronomicznej schroniska znalazłem spokojny stolik na zewnątrz obiektu. Tam zjadłem śniadanie – dwie słodkie bułki z miodem i figami, dzieląc się nimi ze wspomnianymi pieskami. Śmieci schowałem do plecaka, spełniając prośbę właścicieli zamieszczoną na ścianie budynku (aby swoje śmieci zabierać ze sobą i wrzucić do specjalnie przygotowanych pojemników na parkingu w Prioni). Muszę tutaj dodać jedno zdanie. Na całej trasie z Prioni na szczyt Mitikas nie spotkałem porzuconego ANI JEDNEGO ŚMIECIA, BUTELKI itp. Byłem dumny z ludzi – ich odpowiedzialności. Generalnie Grecja jest krajem zaśmieconym, a na Olimpie śmieci brak! Szok! cdn.

Red. jęz. Justyna Harabin, zdjęcia własne

Podziel się ze znajomymiShare on Facebook
Facebook
0Share on Google+
Google+
0Tweet about this on Twitter
Twitter
Pin on Pinterest
Pinterest
0Print this page
Print

Komentarze