Mitikas (2918 m n.p.m.). Część 2

Po 15 minutach byłem gotowy do wyjścia na szlak, szkoda mi było każdej minuty. Na trasie powyżej schroniska panował duży ruch w górę. Turyści z całego świata spełniają tutaj swoje marzenia. Mijam też Polaków – małżeństwo ze Śląska. Wszyscy nocowali w schronisku, wypoczęci wyruszyli na szlaki. Różne są ich cele, nie wszyscy chcą zdobyć Mitikas, część się obawia, że nie da rady, wybiera więc łatwiejsze wyzwania jak szczyt Skolio. W masywie Olimpu mamy 52 szczyty. Jest więc wybór!

Szlak powyżej schroniska skręca w lewo, przechodzi ostrymi zakrętami przez zagłębienie na drugi grzbiet góry i kieruje się w stronę zachodnią. Na tym odcinku panuje spory ruch, co chwilę mijam wolniej poruszających się turystów. Przede mną szlakiem w górę wybrał się pies poznany w schronisku. Mam wrażenie, że chce mi towarzyszyć w tej górskiej wspinaczce, wyraźnie mnie pilnując. Mam więc towarzystwo! Wokół mnie zmienia się krajobraz, pojedyncze okazy skarłowaciałych sosen bośniackich i kosodrzewin wypierane są przez skały i luźne kamienie. To oznaka braku dostatecznej ilości tlenu na tej wysokości i silnych wiatrów. Wokół mnie robi się szaro i surowo, ale nie brakuje wspaniałych widoków zapierających  dech w piersiach.

Trawersuję grzbietem Chondro Mesorrachi po ścieżce pełnej kamieni i sypkiego materiału skalnego. Stromy szlak i niepewny pod stopami materiał dają się we znaki, ale dalej mocno podkręcam tempo, wyprzedzając coraz mniej licznych na tej wysokości turystów. Zrobiło się też chłodniej, silniejsze są też podmuchy zimnego wiatru, mimo takich warunków jest mi gorąco. Po około 45 minutach od wyjścia ze schroniska docieram do rozwidlenia dróg Zonaria, udając się dalej na zachód, później północny-zachód. Dalej szlak skręca w prawo w kierunku Płaskowyżu Muz. Ten kilometrowy odcinek jest najbardziej jednostajnym i męczącym fragmentem szlaku, kończącym się na szczycie Skala. Mijam nielicznych turystów, którzy chętnie schodzą z trasy, ustępując mi drogi. Na chwilę przystaję i rozmawiam z poznanymi turystami, matką i synem z Izraela, opowiadam im, że biegłem maraton w Jerozolimie, który był podobnie męczący jak to podejście. Ruszam dalej,  mijam rozwidlenie dróg, szlak w lewo prowadzi na szczyt Skolio, w prawo na szczyt Skala. Ta trasa oznakowana jest tabliczkami biegu górskiego, który odbył się kilka dni wcześniej. Oznakowanie wprowadza mnie w błąd – skręcam w lewo, w kierunku szczytu Skolio, nie pomagają mi też chmury, które przesłaniają  szczyty. Po około 10 minutach, kiedy chmury się rozeszły zorientowałem się, że pomyliłem kierunki. Zły na siebie wracam i szybko docieram na szczyt Skala (2866 m n.p.m.), bazy wypadowej w kierunku szczytu Mitikas. Od tego miejsca szlak na najwyższy szczyt Grecji zmienił oznakowanie – słupki i tabliczki zastąpiły czerwone plamy farby na skałach. I tak naprawdę w tym miejscu rozpoczyna się prawdziwa wspinaczka górska. Większość szlaku prowadzi po skałach o dużej ekspozycji, na których jest sporo drobnego materiału skalnego, nie ma też charakterystycznych dla Tatr ułatwień, w postaci lin czy łańcuchów. Natomiast  trasa w dużej części jest zaoczkowana, przygotowana dla dobrze wyposażonych w sprzęt wspinaczkowy turystów. Ze szczytu Skala skręcam w lewo, w kierunku przejścia między skałami, które otwiera stromy komin zwany Kaki Skala („schody płaczu”, „schody nieszczęścia”), po którym osuwam się powoli na dół. Trasa odbija w lewo wzdłuż stromej grani, tworzącej opadającą skalną płytę w kierunku Doliny Mavrologos. Szlak, którego kierunek wyznaczają czerwone plamy na skałach zahacza o grzbiet grani, odsłaniając  urwiska Kazani („wielki kocioł”). Te blisko 700-metrowe strome przepaście wywołują mocniejsze uderzenia serca. Po przejściu tego fragmentu trasa skręca w górę wzdłuż szerokiej stromej rynny „ozdobionej” z boku pojedynczymi blokami skalnymi przypominającymi boskie posągi, które uświadamiają nam, że jesteśmy blisko siedziby Zeusa. W tym miejscu spotkałem kolejnego psa, wyraźnie zmęczonego, odpoczywającego na półce skalnej, „mój” poprzedni pies gdzieś zaginął po drodze. Dochodzimy do szczytu grani, ale tutaj się przekonujemy, że do właściwego szczytu jeszcze daleka droga. Wąską przełączką zabezpieczoną stalową liną skręcamy w lewo, obchodząc po wąskiej grzędzie niewielką grań. Obniżając się, schodzimy na następną wąską grzędę, z której dostajemy się do kolejnej rynny, tym razem węższej, która prowadzi nas w górę w kierunku mojego celu. Mitikas jest wreszcie widoczny w całej okazałości. Na jego wierzchołku widać poruszające się postacie dzisiejszych zdobywców. Na tym odcinku zbliżyłem  się do młodego turysty z Austrii, z którym pokonuję ostanie dwieście metrów stromego podejścia. Muszę uważać na spadające od czasu do czasu drobne odłamki skalne, ponieważ Austriak jest nade mną. Niestety, nie pomyślałem o kasku, a przydałby się na tym odcinku. Gdy wspinałem się, tuż przed szczytem, zadzwonił mój telefon, trochę mnie przestraszył, bo nie było wcześniej zasięgu. Dzwoniła moja partnerka zaniepokojona ciszą w eterze. Udało mi się powiedzieć, że wszystko dobrze i zaraz będę na szczycie, po czym sygnał się urwał.

 

 

W ciągu kilku minut znalazłem się na szczycie, gdzie panował spory tłok. Przebywało tu łącznie około dziesięciu turystów,  głównie Greków i Izraelczyków. Niewielki szczyt oznaczony jest niewysokim masztem z metalową flagą Grecji, słupkiem triangulacyjnym z metalową skrzynką chroniącą księgę wejść. Byłem bardzo szczęśliwy, że udało mi się tutaj wejść. Warto spełniać swoje marzenia. A na szczycie kolejny pies…, nie wiem, co mam napisać na ten temat. Zrobiłem i zrobiono mi kilka zdjęć, wpisałem się do księgi wejść, poczęstowałem też Greków (bo Izraelczycy zaczęli już schodzić) czekoladą, postanowiłem też chwilę odpocząć,  siadając  na skale. Próbowałem dzwonić do mojej partnerki, bo telefon łapał sygnał, nawet udało mi się złapać połączenie, ale niestety nie słyszała mnie. Podejście ze schroniska na szczyt Mitikas zajęło mi dwie i pół godziny.

Postanowiłem schodzić, zastanawiałem się, ile czasu zajmie mi zejście? Pierwszy, najtrudniejszy odcinek do wchodzenia przy schodzeniu wydał mi się dość łatwy. Na szczycie Skala znalazłem się dość szybko, niestety później było tylko gorzej. Schodzenie okazało się dużo bardziej męczące niż wchodzenie. Bolały i palce u stóp, kolana, ale też mięśnie czworogłowe w udach. Szczególnie zapamiętałem odcinek, który odczułem także, wchodząc na Płaskowyż Muz. Po dojściu do schroniska chwilę  odpocząłem i dalej kontynuowałem zejście.  Po drodze spotkałem karawanę czterech mułów obładowanych pakunkami, podążającą szlakiem >E4<. Muły były powiązane jeden do drugiego, na jednym z nich siedział Grek. W ten sposób dostarczane jest  zaopatrzenie do schroniska, o każdej porze roku. Piękny i niezapomniany widok. Na ostatnim odcinku przed parkingiem w Proni, odkrywam las i piękne pojedyncze skały, które widziałem tylko w świetle latarki. Podchodzę także pod wodospad na potoku Enipeas i odkrywam bajeczny widok.

I tak kończy się moja przygoda na Olimpie. Zejście zajęło mi więcej czasu niż wejście na szczyt, a zakwasy mięśni czworogłowych odczuwałem jeszcze przez kilka dni. To są drobiazgi! Polecam gorąco wspinaczkę na masyw Olimpu i spełnianie swoich marzeń.

 

Red. jęz. Justyna Harabin, zdjęcia własne.

 

Podziel się ze znajomymiShare on Facebook
Facebook
0Share on Google+
Google+
0Tweet about this on Twitter
Twitter
Pin on Pinterest
Pinterest
0Print this page
Print

Komentarze