Badania wydolnościowe u biegacza amatora

Badania wydolnościowe. O co chodzi? Generalnie każdemu biegaczowi nasuwa się pytanie, czy tego typu badania są potrzebne. W głowie natychmiast rodzą się odpowiedzi. Ja ich nie potrzebuję! Jestem przecież tylko amatorem, w czym one mogą mi pomóc? Mamy wątpliwości, bo badana tego typu nie są  tanie i żeby je wykonać, należy udać się do dużego miasta. Sam miałem takie dylematy.

Jest jednak kilka argumentów za ich wykonaniem, które mnie przekonały. Przede wszystkim zmieniła się dostępność takich badań. Kiedyś skierowane one były praktycznie tylko do zawodników, a interpretacją wyników zajmowali się lekarze sportowi i trenerzy. Postęp medycyny, miniaturyzacja urządzeń, komputery, dostęp do laboratoriów i masowość biegania spowodowały, że powstało wiele wyspecjalizowanych ośrodków i firm oferujących tego typu badania, praktycznie dla każdego i to po przystępnych cenach. Wyniki także są uproszczone, standaryzowane w sposób czytelny dla przeciętnego biegacza. Ale dalej nie odpowiedziałem, po co biegaczowi amatorowi takie badania.

Badania wydolnościowe mają  pomóc w planowaniu treningu, dają nam gotowe rozwiązania treningowe i przede wszystkim dzięki nim zaczynamy  trenować świadomie. Oczywiście nie każdy musi poddać się takim badaniom, ale jeżeli chcemy się rozwijać, poprawiać swoje życiówki, to one na pewno nam pomogą. Badanie wydolnościowe to coś, co ma nam ułatwić trening, nakierować nas, pokazać, jak trenować, żeby optymalnie wykorzystać swój potencjał. I tutaj trochę haseł z zakresu fizjologii: bieganie w strefie tlenowej, beztlenowej; indywidualny próg tlenowy, beztlenowy. Większość biegaczy wie, o co chodzi, ale z wyznaczeniem progów mamy już kłopoty. Oczywiście progi możemy wyznaczać w różny sposób, mniej czy bardziej dokładny. Służą do tego różne programy, zegarki sportowe, ale najdokładniejsze wyniki uzyskujemy właśnie poprzez badania wydolnościowe. Właśnie dlatego potrzebujemy ich, jeśli chcemy świadomie biegać, dobierać prędkości, intensywności. Badania pomagają nam monitorować nasz aktualny stan wytrenowania i zmiany zachodzące w organizmie pod wpływem treningu.

Po raz drugi zdecydowałem się na wykonanie badań wydolnościowych. Za pierwszym razem musiałem się udać do Łodzi, a że mieszkam w Ostrowcu Świętokrzyskim, to był kawałek drogi. Wtedy  badania wykonywałem na trenażerze kolarskim, co dla biegacza nie jest do końca dobrą metodą. Wprawdzie po pewnym przeliczeniu wyniki są dostosowywane do biegania. Nie zmienia to jednak  faktu, że jako biegacz lepiej niż na rowerze czuję się na bieżni, nawet jeśli jest ona mechaniczna. Te pierwsze badania pokazały mi moje parametry, progi, ale przede wszystkim dodały mi pewności, że biegając, nie ryzykuję życia czy zdrowia.

W styczniu 2020 roku zdecydowałem się poddać badaniom wydolnościowym na bieżni mechanicznej. Okazało się, że Krzyśkowi Sidowskiemu, trenerowi akcji „Biegam, bo lubię”, udało się ściągnąć firmę przeprowadzającą badania do nas, do Ostrowca Świętokrzyskiego. Na badania zgłosiło się szesnastu biegaczy, głównie członków Ostrowieckiego Stowarzyszenia Biegaczy „Ostrobiec”. Badania zostały przeprowadzone w lokalnym klubie fitness.

W czasie badań wydolnościowych ustala się: minutowy pobór tlenu (VO2, VO2/kg), wentylację minutową płuc (VE) oraz częstość skurczów serca (HR), puls maksymalny (o ile test zrobicie do odmowy), próg anaerobowy (na podstawie dynamiki zmian parametrów układu oddechowego oraz zmian stężenia kwasu mlekowego we krwi).

Test dla biegaczy wykonujemy, jak już wspomniałem, na bieżni mechanicznej. Po założeniu pulsometru, specjalnej kamizelki oraz maski na twarz, jesteśmy gotowi do badań. Maska, która ma za zadanie badanie składu wydychanego powietrza, nie jest za wygodna, ogranicza nam też trochę pole widzenia, ale myślę, że nie przeszkadza w uzyskaniu maksymalnej prędkości. Pasek z pulsometrem mierzy puls z klatki piersiowej. Badania przeprowadzamy, biegnąc na bieżni mechanicznej. W tym czasie pobierana jest nam krew do badania, regularnie co dwie minuty, czyli za każdym razem, gdy zwiększana jest prędkość na bieżni. Standardowo zaczynamy od lekkiego biegu – 8 km/h, po każdych dwóch minutach prędkość ulega zwiększeniu o 1 km/h i jednocześnie wcześniej nakłuty palec podajemy do testu krwi.  Z kropli krwi mierzone jest stężenie mleczanu. I tak biegniemy do odmowy. W końcu mówimy: „stop”. Ile to trwa? W zależności od wytrenowania. Ja zaczynałem od 8 km/h, skończyłem na 19 km/h. Później jeszcze kilometr schłodzenia na bieżni. Całe badanie trwa dwadzieścia kilka minut.

Możliwe, że zadajecie sobie teraz pytanie: czy badania należy powtarzać? Jeżeli sumiennie trenujecie, według parametrów uzyskanych na badaniu wydolnościowym, zaleca się przeprowadzenie następnego za 10-12 tygodni, ponieważ strefy intensywności ulegają zmianie, organizm się adaptuje, widzimy postęp. Idealnie byłoby przeprowadzać badania wydolnościowe cztery razy w roku – dwa wiosną i dwa jesienią. Nie zmienia to faktu, że już jedno badanie w roku da nam olbrzymią wiedzę, na bazie której sami później możemy modyfikować nasz trening.

Jeszcze została ostania kwestia – cena takiego badania. Koszt wynosi 270-300 zł, przy większej grupie to dolna granica przedziału cenowego, w dodatku firma dojechała na miejsce. Przy następnym badaniu mamy obiecaną zniżkę!  Czy warto? Sami musicie wyciągnąć wnioski. Ja uważam, że tak.

Postanowiłem pokazać Wam moje badania.

Piotr Dasios wyniki badań wydol. 2020

Red. jęz. Justyna Harabin, zdjęcia własne

Podziel się ze znajomymiShare on Facebook
Facebook
0Share on Google+
Google+
0Tweet about this on Twitter
Twitter
Pin on Pinterest
Pinterest
0Print this page
Print

Komentarze