Sri Chinmoy Cherry Blossom Marathon Christchurch (Nowa Zelandia)

Planując podróż do Australii i Nowej Zelandii, nastawiony byłem na zwiedzanie i udział w Blackmores Sydney Marathon. Do tej imprezy biegowej przygotowywałem się intensywnie przez kilka miesięcy i był to dla mnie najważniejszy start w 2017 roku. Kilka tygodni przed wylotem, kiedy już w zasadzie miałem zaplanowany każdy element podróży, przyszła mi do głowy jedna myśl, może nie najmądrzejsza  – poszukam jeszcze jednego biegu maratońskiego w… Nowej Zelandii. Nie była to taka łatwa sprawa, ponieważ w grę wchodził jeden termin – 24 września (niedziela).  Przeszukując internet, znalazłem w Christchurch na Wyspie Południowej mały lokalny maraton – Sri Chinmoy Cherry Blossom Marathon (www.nz.srichinmoyraces.org). Wahałem się jeszcze kilka dni, radząc się doświadczonych biegaczy, czy amator przebiegnie maraton jeden po drugim w odstępie tygodnia, bez konsekwencji zdrowotnych. Pamiętając, że będę kilkanaście tysięcy kilometrów od domu.

Postanowiłem jednak zaryzykować! Zapisałem się na stronie internetowej maratonu, nie ujawniając tej informacji publicznie. Pomyślałem, że jeśli start maratoński w Sydney zakończy się z sukcesem i będę fizycznie zdolny do następnego biegu, to zaryzykuję start, jeśli nie – odpuszczę udział.

Po udanym niedzielnym starcie maratońskim w Sydney poniedziałek był dniem odpoczynku i relaksu. Nie odpuściłem jednak wyjazdu do City i spaceru po Darling Harbour i Circular Quey, gdzie dzień wcześniej tak dzielnie walczyłem na trasie biegu. Sydney mnie po prostu urzekło i uważam, że jest to jedno z najpiękniejszych miast, jakie widziałem. Musiałem się z tym miastem pożegnać.

W poniedziałek opuściłem Australię i po trzyipółgodzinnym locie znalazłem się w Auckland, w Nowej Zelandii. Te trzy dni spędzone na Wyspie Północnej poświęciłem na zwiedzanie części kraju. W piątek czekał mnie kolejny etap mojej podróży – przelot na Wyspę Południową do Christchurch. Tam właśnie miałem wystartować w drugim maratonie podczas mojej podróży po antypodach.

Sri Chinmoy Marathon Team od wielu lat organizuje imprezy biegowe w Nowej Zelandii. Jedną z imprez są cykliczne zawody w Christchurch organizowane na czterech dystansach: maratonu, półmaratonu, 10 km i 3,5 km (dla dzieci), które odbywają się w północnej części Parku Hadley.

W niedzielę 24 września zapowiadała się piękna, słoneczna pogoda i temperatura do 20 st. C.  Start maratonu zaplanowany był na godz. 8.00, natomiast od godz. 7.15 można było odebrać numer startowy i  jeszcze zapisać się na jeden z biegów oferowanych przez organizatorów.

Zawody odbywały się na wytyczonej w parku trasie, która tworzyła pętlę wokół alejek parkowych. Biegi rozpoczynały się jeden po drugim w odstępach godzinnych. Trasę maratonu tworzyło 16 pętli (okrążeń) o długości po 2,6 km każda. Maraton zorganizowany był w bardzo prosty sposób. Przy linii startu/mety ustawionych było kilka namiotów służących za biuro zawodów i depozyt rzeczy. Za namiotami ustawiono przenośne krzesła dla biegaczy, całość dopełniało nagłośnienie, z którego przekazywane były komunikaty i sączyła się muzyka. Alejki w parku, gdzie odbywały się biegi nie były wyłączone dla spacerujących mieszkańców czy rowerzystów. Trasa biegu była oznaczona w różny sposób: były tabliczki z kilometrami, taśmy i gumowe słupki ostrzegawcze. Każde okrążenie kończyło się przebiegnięciem przez linię startu/mety, gdzie organizatorzy mieli ustawione dwa duże zegary elektroniczne (jeden dla maratonu, drugi dla innego biegu), tam też dwie wolontariuszki spisywały numery biegaczy, którzy kończyli kolejne okrążenie. Przed linią końcową ustawione było stanowisko odżywiania z wodą i izotonikami, na którym pojawiły się też słodycze. Wolontariusz ustawiał plastikowe kubki na stole, gdzie ustawione były też duże bidony z wodą i izotonikami. Zawodnicy, kończąc każde okrążenie, mieli możliwość korzystania z punktu odżywiania.

Uczestniczący w zawodach biegacze mogli także korzystać z dużej stacjonarnej toalety, która znajdowała się przy alejce parkowej na trasie zawodów, 200 metrów za startem/metą imprezy. Obserwując te zawody, można się tylko uczyć, jak przy niewielkich środkach, wykorzystaniu infrastruktury parkowej i ograniczonej liczbie wolontariuszy można zorganizować dobre zawody biegowe na kilku dystansach, nie komplikując życia innym mieszkańcom.

Na linię startu/mety, do biura zawodów dotarłem pół godziny przed startem maratonu. Odebrałem numer startowy, pokazując potwierdzenie udziału, które otrzymałem mailem. Start w tej imprezie kosztował 60 NZD, w dniu zawodów 65 NZD. Na odprawie, 10 minut przed startem, na której organizator objaśniał regulamin zawodów, okazało się, że uczestników maratonu jest niewielu, bo tylko 12, inne biegi miały większą frekwencję (w całości imprezy wystartowało kilkadziesiąt osób). Pierwszy raz uczestniczyłem w tak małym maratonie, ale jak się później przekonałem, nieźle zorganizowanym. Po odprawie, punktualnie o godzinie 8 padł sygnał startowy, zawodnicy ruszyli w przeciwnym kierunku do właściwej trasy, po minucie nastąpił nawrót i ponownie przebiegliśmy przez linię startu/mety przez to pierwsze okrążenie było wydłużone o kilkaset metrów… i teraz czekało nas 16 równych pętli-okrążeń po wyznaczonej w parku trasie. Słoneczne promienie przebijały się przez zamglone połacie parku, tworząc niesamowity nastrój. Mimo że upłynął tylko tydzień od poprzedniego maratonu, byłem w niezłej formie fizycznej, żadnych dolegliwości i bólu, miałem jednak przeczucie, że nie będzie łatwo ukończyć ten bieg. Obawiałem się najbardziej skurczów w łydkach i tego, że nadwyrężony kręgosłup da o sobie znać. Jeszcze w sobotę przed maratonem myślałem o strategii na ten bieg – postanowiłem spróbować utrzymać tempo 5 min/km i tyle.

Już po kilkuset metrach po starcie na czoło maratonu  wyszło trzech biegaczy, utrzymując tempo 4 min/km, sukcesywnie zwiększając przewagę nad grupą, w której biegłem. Przez pierwsze 3-4 okrążenia, czyli 10 km, udzielił mi się nastrój biegnących obok mnie zawodników, utrzymywałem tempo w przedziale 4.40-4.45. W tym czasie w parku było spokojnie, niewielu spacerujących, ale z każdą minutą robiło się coraz bardziej „tłoczno”. Nigdy wcześniej nie biegałem na zawodach pomiędzy spacerującymi ludźmi, biegaczami, rowerzystami i pieskami.  O dziwo, nikomu to nie przeszkadzało, pełna harmonia i zrozumienie. Następne okrążenia biegłem już samotnie, udało mi się zostawić w tyle moich kolegów. Tempo trochę spadło do 4.45-4.55. Pierwsza trójka cały czas powiększała przewagę. Do biegaczy na dystansie maratonu dołączyli półmaratończycy, na trasie znów zrobiło się przez moment tłoczno. Kończąc każde okrążenie, korzystałem z punktu odżywiania, zabierając ze stołu na przemian kubek z wodą lub izotonikiem, miałem ze sobą także trzy żele energetyczne przywiezione z Polski. Zbliżał się półmetek maratonu, biegło mi się dobrze, ale już czułem wyraźny spadek sił, posiłkowałem się żelem energetycznym, który mnie trochę wzmocnił. Wiedziałem, że tak będzie! Mój organizm nie miał czasu na regenerację po maratonie w Sydney. Nadal jednak starałem się utrzymywać tempo poniżej 5 min/km i póki co to mi się udawało. Połówkę pokonałem w czasie 1.40.11. Bardzo dobry czas, ale już wiedziałem, że druga część maratonu będzie dużo trudniejsza. Zostało przede mną 8 okrążeń, bieganie w kółko ma swoje zalety, bo poznajesz dokładnie każdy odcinek trasy. Generalnie trasa maratonu jest płaska, tylko na odcinku kilkuset metrów jest leciutko pod górkę, biegnie się głównie po asfalcie, wokół boiska do rugby (narodowego sportu Nowej Zelandii) i pola golfowego. Przy starcie/mecie zawodów jest niewielkie jezioro pełne kaczek, wszystkie alejki biegowe obsadzone są drzewami, w części wiśniami, które już niestety przekwitły, a ten maraton ma w nazwie cherry bloosom, czyli kwiat wiśni.

Na trzeciej dziesiątce maratonu utrzymuję tempo w przedziale 4.52-5.11. Przez obecność biegaczy z różnych biegów tracę orientację, które zajmuję aktualnie miejsce. Nie jest może to dla mnie teraz najważniejsze, myśli skupiam na tym, jak ukończyć ten maraton. Biorę kolejny żel, do mety zostało z 12 kilometrów. Staram się dużo pić, ponieważ robi się coraz cieplej, przed promieniami słonecznymi chronią drzewa. O tej porze w Nowej Zelandii jest wiosna, kwiaty kwitną i jest pięknie…ale i gorąco. Przebiegając każdorazowo przez start/metę, mam specjalny doping ze strony organizatorów. Polak na takim małym maratonie, na drugim końcu świata to dla nich wydarzenie. Jestem ubrany w swój strój biegowy z biało-czerwoną flagą na plecach i z napisem Poland. Jestem jedynym obcokrajowcem na tym biegu, pewnie stąd ten doping. Kolejną dychę biegnę już tylko siłą woli. Całe szczęście, że nie łapią mnie skurcze, ale lekki ból w mięśniach już odczuwam, także moje buty biegowe nie ułatwiają mi zadania. Jednak walczę, maratony nauczyły mnie wytrwałości i koncentracji na celu. Wiem, że dam radę, jeszcze kilometr, później następny i jeszcze jeden, a ja jestem bliżej celu. Dubluje mnie zawodnik z pierwszej trójki, która oderwała się już na samym początku maratonu, pomyślałem, że będzie miał dobry wynik, ja także nawet podwójnie dubluję zawodniczkę, która spokojnie, ale równym tempem biegnie w tych zawodach.

Staram się podrywać ciało do wysiłku, tempo mam od 5.02, 5.15, 5.27, a jeden kilometr nawet 5.39 (bo byłem w toalecie). Biorę ostatni żel z kofeiną, zostały może trzy kilometry do mety. Już wiem, że dam radę. Dobiega do mnie na 41 km zawodnik z maratonu, staram się przyspieszyć i dotrzymać mu tempa, przez kilkaset metrów nawet to mi się udaje, ale później odpuszczam, mam przecież cel – dobiec do mety. Ostatni kilometr, zerkam na zegarek, czas przyzwoity, jednak na pierwszej dziesiątce trochę nadrobiłem mój plan i widzę, że mam szansę zmieścić się w czasie 3.30. Zbieram się w sobie, próbuję przyspieszyć, udaje mi się, zostało może 200 metrów, ostatni wysiłek i przebiegam linię mety. Kątem oka łapię duży zegar ustawiony na mecie, jestem poniżej 3.30! Radość i niedowierzanie. Dwa maratony w siedem dni i dobry czas: 3.29.52. Organizatorzy mi gratulują, później dowiaduję się, że byłem szósty (https://nz.srichinmoyraces.org/results).

Jednak nie polecam tak intensywnego biegania maratonów. Udając się w tę daleką podróż, chciałem maksymalnie wykorzystać czas, także od strony biegowej i to mnie trochę rozgrzesza. Na mecie okazuje się, że medale są tylko dla trzech pierwszych zawodników, ja dostaję tylko certyfikat ukończenia maratonu. Wszystkie zebrane środki z opłat startowych pójdą na cele charytatywne. Trochę szkoda, ale rozumiem ideę maratonu. Zmęczony, ale szczęśliwy już myślę o jutrzejszej długiej podróży do domu.

Red. jęz. Justyna Harabin, zdięcia: The Sri Chinmoy Marathon Team i własne

Podziel się ze znajomymiShare on Facebook
Facebook
28Share on Google+
Google+
0Tweet about this on Twitter
Twitter
Pin on Pinterest
Pinterest
0Print this page
Print

Komentarze