Szósta runda MosirGutwinRun oznacza zakończenie tegorocznych zmagań biegowych na dystansie półmaratonu i maratonu na raty oraz podsumowanie klasyfikacji i wyłonienie zwycięzców. Każda edycja ma swoich zwycięzców i przegranych, ale najważniejsza jest atmosfera i dobra organizacja zawodów. Z tego powodu z roku na rok zwiększa się liczba uczestników i ewoluuje charakter imprezy, która staje się bardziej rodzinna.
Z sześciu rund MosirGutwinRun rozgrywanych w 2017 roku udało mi się ukończyć pięć. Pewnie przebiegłbym wszystkie rundy, gdyby nie nałożył się termin maratonu w Sydney. Z tego powodu na moim blogu brakuje relacji z piątej rundy (17.10), która nie zmieniła wiele w klasyfikacji generalnej imprezy, a mojej nieobecności na Gutwinie nie wykorzystali rywale z tej samej kategorii wiekowej.


Start ostatnich zawodów w ramach MosirGutwinRun przewidziany był na niedzielę 22.10. Tego dnia rywalizację rozpoczynał półmaraton na raty zaplanowany na godzinę 11.00, a o godzinie 12.00 miał ruszyć bieg na dystansie maratonu na raty. Przybyłem na Gutwin wcześniej, aby zobaczyć start pierwszego biegu i przygotować się do startu. Podobnie jak w poprzednich edycjach miałem kłopot z zaparkowaniem samochodu, co wróżyło dużą frekwencję na zawodach. Od parkingu, gdzie zostawiłem samochód, spotykałem znajomych biegaczy, z którymi przystawałem na krótszą czy dłuższą chwilę. Wspólnie tworzymy tutaj jedną wielką rodzinę i chyba żaden inny sport indywidualny nie sprzyja integracji tak bardzo jak bieganie. Po kilku minutach udaje mi się dotrzeć w pobliże linii startu, gdzie organizatorzy ustawili namioty biura zawodów i stanowisko z masażem. Zostało kilka minut do startu pierwszego biegu, przesuwam się bliżej trasy zawodów, aby zrobić kilka zdjęć. Wbrew zapowiedziom deszcz nie pada, ale jest dość chłodno, mimo że od czasu do czasu zza chmur wychodzi słońce, mam nadzieję, że taka pogoda utrzyma się dłużej, co najmniej do drugiego biegu, w którym wezmę udział. Na starcie półmaratonu na raty duża frekwencja, chyba rekordowa, 118 zawodników! Na pierwszej linii ustawili się faworyci, chociaż dzisiaj brakuje Sylwka Lepiarza, który i tak zapewnił sobie już zwycięstwo w klasyfikacji open zawodów na obu dystansach. Są tutaj: Zbyszek Dulemba, Michał Karasiński, Jan Popławski czy Kinga Kacuga.


Wystrzał pistoletu startowego uwalnia biegaczy. Już na pierwszych stu metrach widać szybkość najlepszych zawodników, których przewaga z każdym metrem szybko rośnie. Po chwili pierwsza grupa skręca w lewo i znika wraz ze ścieżką w lesie. Dopinguję jeszcze przez kilka chwil pozostałym biegaczom, którzy po przebiegnięciu małej pętli wokół zbiornika skręcą zaraz w lewo i znikną w lesie, podobnie jak pierwsza grupa. Mam teraz czas na rozgrzanie moich mięśni w nogach na stanowisku masażu i lekką rozgrzewkę. W tym czasie na metę przybiegają pierwsi zawodnicy. Pod nieobecność Sylwka Lepiarza zwycięża Jan Popławski z Ostrowca Św. Po masażu i rozgrzewce jestem gotowy do startu. Do mety dotarli już wszyscy biegacze i zawodnicy nordic walkingu, którzy startują bezpośrednio po biegaczach półmaratonu na raty. Do startu zostało kilka minut, rozglądam się po zawodnikach, oprócz wspomnianego Lepiarza nie ma też Kingi Kacugi, więc faworytem będzie Zbyszek Dulemba. Nie brakuje za to dzisiaj moich kolegów, z którymi bezpośrednio rywalizuję na Gutwinie. Widzę Przemka Pronobisa, Pawła Wośka, Konrada Sulika, Sławka Niedzielę czy Roberta Gładysia. Startuje dziś także mój główny rywal w kategorii M50 – Krzysiek Komar. Mam więc z kim się ścigać, chociaż ostatnia runda dla niektórych jest jak partia szachów, czysta kalkulacja. Ja nie potrafię kalkulować, mam już pewne zwycięstwo w swojej kategorii, ale będę walczył jak zwykle na maksa.


Pada strzał z pistoletu startowego – Grzesiek Bażant dał sygnał do startu. Na tym dystansie wystartowało 76 zawodników, może to nie rekordowa liczba, ale jednak sporo. Już po chwili kilku biegaczy osiągnęło niewielką przewagę nad zasadniczą grupą, która też się podzieliła. Za czołówką biegnie kilkuosobowa grupka biegaczy, później następna, w której jestem ja. Tempo pierwszego kilometra na trasie wokół zbiornika nie za wysokie: 4.04. Przy dopingu zgromadzonych kibiców opuszczamy teren ośrodka, odbijając z chodnika w lewo na ścieżkę w stronę lasu. Teraz czeka nas prawdziwy cross, ponieważ przez kilka dni padał deszcz i trasa zrobiła się błotnista i dość śliska. Już po pierwszym kilometrze stawka biegaczy mocno się rozciągnęła. Pogoda sprzyja biegaczom, wciąż nie pada, ale największym problemem nie są kałuże i błoto, ale zalegające liście, które zasłaniają podłoże, stwarzając niebezpieczeństwo potknięcia się czy skręcenia kostki. Takie są niestety uroki jesiennego biegania po lesie. Następny kilometr po wąskiej ścieżce przez las pokonuję w tempie 4.09, dopiero po skręcie na dukt leśny tempo wzrasta do 4.00. Nasza kilkuosobowa grupa mocno się rozciągnęła, z przodu widać plecy kilku biegaczy, którzy zostali z tyłu grupy przed nami. Trasa biegu wciąż nie jest zła, trochę błota i kałuż, ale do zniesienia.

Wychodzę na prowadzenie w grupie i zostaję praktycznie sam na trasie biegu, powoli zbliżam się Roberta Gładysia ze Starachowic, przed nami uciekające sylwetki dwóch zawodników. Czwarty kilometr pokonuję w tempie 4.02, a piąty kilometr, na którym ustawiony jest punkt nawadniania, w tempie 4.08. Na punkcie łapię dwa plastikowe kubki wody podawane przez wolontariusza, wypijam dwa łyki, reszta mi się wylewa. Jestem jedyny, który sięga po wodę, to trochę mnie wybiło z rytmu biegowego i muszę nadrabiać straty do Roberta. Na tym odcinku dogania mnie, już chyba tradycyjnie w tej edycji, Sławek Niedziela i… wyprzedza. Ja doganiam na chwilę Roberta. Na szóstym kilometrze trasy znajduje się piaszczysty podbieg. Tutaj mój rywal odskakuje ode mnie na kilka metrów i nic nie mogę zrobić. Znów na trasie zostaję sam, widząc w niedalekiej odległości plecy moich kolegów. Tempo mojego biegu spadło do 4.09-4.11. Ósmy kilometr podobnie: 4.12, próbuję walczyć o to, żeby dystans do biegaczy przede mną nie wzrastał. Trasa na tym odcinku nie jest najgorsza, niestety pojawia się znów więcej liści, co skutkuje u mnie kilkoma niebezpiecznymi zachwianiami równowagi. Wyraźnie łapię drugi oddech, przyspieszam, zbliżam się do dwóch biegaczy, jednym z nich jest Sławek Majchrzak ze Starachowic, a drugim Andrzej Leśniewski, mieszkaniec Ostrowca, których także wcześniej wyprzedzili Robert i Sławek.


Moje tempo wzrosło na dziewiątym kilometrze do 4.04, po skręcie w lewo jestem już na trasie do ośrodka. Już słychać kibiców dopingujących finiszującym biegaczom, co mnie jeszcze bardziej mobilizuje do większego wysiłku. Jeszcze przyspieszam, wbiegam na chodnik wokół zbiornika, który muszę jeszcze obiec, do mety zostało może 800 metrów. Doganiam Sławka, później Andrzeja i po chwili uzyskuję nad nimi przewagę. Dziesiąty kilometr pokonuję w tempie 3.57. Do mety zostało może 300 metrów, już wiem, że nikt mnie nie dogoni! Przekraczam linię mety, zatrzymuję stoper, mój czas: 41.53. To bardzo dobry wynik, jak na takie ciężkie warunki. Zajmuję dzisiaj 7. miejsce. Zwyciężył, tak jak przypuszczałem, Zbyszek Dulemba.

Organizatorzy zadbali o piękne medale, które otrzymali wszyscy uczestnicy MosirGutwinRun, a zwycięzcy w poszczególnych kategoriach otrzymali dyplomy i puchary. Dodatkowo uhonorowano nagrodami zwycięzców kategorii rodzinnej. Doceniono także zaangażowanie sponsorów V edycji, którzy w ramach podziękowań otrzymali drobne prezenty. Wyniki na www.ostrowiecbiega.pl
V edycja MosirGutwinRun przechodzi do historii ostrowieckich biegów, wyróżniając się największą frekwencją spośród wszystkich dotychczasowych edycji i bardzo dobrą, wręcz rodzinną atmosferą. Z niecierpliwością będę czekał do wiosny na następną, VI edycję.

Red. jęz. Justyna Harabin, zdjęcia: MOSIR i własne











