Trasa maratonu zrobiła się trochę szybsza, jest lekko z górki. Wokół mnie stabilizacja, oglądam te same twarze biegaczy, bardzo dużo jest Azjatów, głównie Chińczyków, dla których Australia jest drugim domem. Sydney kocha bieganie, zwiedzając miasto codziennie obserwowałem setki ludzi biegających w parkach i na ulicach, to się przekłada na doping. Sporo ludzi nam kibicuje na trasie, organizatorzy zaprosili także mobilizujące biegaczy do wysiłku zespoły muzyczne i DJ-ów. Porównując tą imprezę z niektórymi podobnymi w Europie, myślę, że jednak stary kontynent wypada lepiej. Następne pięć kilometrów pokonuję ze średnim tempem 4.19, jest tu jednak lekko z górki, przez to łatwiej. Na 22.5 km następny punkt odżywiania, tym razem piję izotonik, ciągle jeszcze mam w ręku butelkę z wodą, traktuję ją jako żelazny zapas. Zbliżam się ponownie do City, tym razem po lewej stronie wyrastają ogromne wieżowce, przekraczam na 25 km kolejny pomiar czasu (1.49.14) i za chwilę wpadam na punkt odżywiania. Zmęczenie już daje mi się we znaki, czuję też, że nowe buty dokładają do niego swoje trzy grosze – ostatni model nimbusów nie jest już tak komfortowy jak poprzednie. Tempo mojego biegu spadło do ok.4.30, robi się też coraz cieplej, po prawej stronie mijamy Circular Quey, port promowy i ważny węzeł komunikacyjny Sydney. Po skręcie w lewo przebiegamy pod Sydney Harbour Bridge w kierunku Darling Harbour, na Hickson Rd. Tam znajduje się kolejna stacja odżywiania (27,5 km), z której korzystam, wcześniej wziąłem trzeci już żel energetyczny. Na trasie nie ma tłoku, pojedynczy biegacze raz wyprzedzają, to znów dają się wyprzedzić.

W pewnym momencie dobiegam do zawodnika, który miał numer startowy z tyłu, a na nim imię Grzegorz. Wreszcie rodak, pomyślałem. Pogadaliśmy chwilę o biegu i wrażeniach z Australii, biegłem szybszym tempem, życzyliśmy sobie szczęścia i zostawiłem go na trasie. Kiedy później sprawdzałem klasyfikację, okazało się, że Grzegorz był na mecie 6 minut po mnie. Teraz zbliżał się 30 km trasy i kolejny punkt pomiaru czasu (2.12.19), po chwili pojawił się też punkt odżywiania. Zmęczenie coraz bardziej dawało znać o sobie, starałem się utrzymać tempo w granicy 4.30, ale nie było łatwo i nie pomagał już nawet piękny widok portu. Skręcamy w prawo na most, który przecina zatokę, z lewej strony jest Muzeum Morskie, na końcu mostu kolejna na tym maratonie nawrotka. Trasa biegu dalej biegnie przez dzielnicę Pyrmont i nabrzeża Darling Harbour. Tutaj często następują zmiany nawierzchni trasy maratońskiej z asfaltowej, przez płyty i kostki granitowe, płyty betonowe, po drewniane podesty nabrzeża. Nawierzchnia i ciągła zmiana kierunków nie sprzyja trzymaniu tempa, także zmęczenie robi swoje, dobiegam do kolejnego punktu odżywiana (32,5 km), piję łapczywie wodę, myślę: jeszcze tylko dycha do mety! Kolejne nabrzeże portowe i następne, ale najważniejsze, że jestem coraz bliżej mety. Mijam pomiar czasu na 35 km (2.36.26), tempo spadło do 4.49, przypuszczam, że zaraz dogonią mnie moje baloniki z 3.15, którym uciekłem. Nigdy nie oglądam się za siebie, więc nie mam pojęcia, jak są ode mnie daleko. Biorę ostatni żel energetyczny, ten jest z kofeiną, może da mi kopa na końcu maratonu. Wypijam resztkę wody z mojej małej butelki, którą mogę wreszcie wyrzucić.


Na 37,5 km kolejny punkt odżywiania, przy którym piję wodę, zostało już niecałe 5 km, staram się przyspieszyć. Tempo biegu niestety nie wzrosło! Nadzieja jest w kofeinie z żelu, może zmusi mój organizm do większego wysiłku, bo głowa już nie pomaga. Zbliża się kolejny punkt pomiaru czasu. To już 40 km i kolejne nabrzeże, które dobrze znam, bo wcześniej już dwa razy tu spacerowałem. Wypijam izotonik w punkcie odżywiania i widzę już most, który jest najważniejszym elementem tego maratonu i obok opery najbardziej rozpoznawalnym symbolem miasta. Po raz kolejny przebiegam pod nim i widzę już budynek opery po drugiej stronie zatoki, do mety zostały dwa kilometry. Trasa biegnie samym nabrzeżem, mijamy hotel Park Hyatt, widzę po prawej stronie Muzeum Sztuki Nowoczesnej (Museum of Contemporary Art) i dworzec promowy Circular Quay. Udaje mi się złapać drugi oddech, przyspieszam, do mety został może kilometr, już wiem, że moje baloniki mnie nie dogonią. Wyciągam z saszetki polską flagę z napisem Ostrowiec Św., która towarzyszy mi zawsze, gdy biegam czy zwiedzam świat. Mam ją już w rękach i macham do licznie zgromadzonych kibiców na nabrzeżu. Jeszcze kilkaset metrów i będę na mecie maratonu, jeszcze próbuję przyspieszyć, już widzę metę ustawioną na tle budynku Opery Sydnejskiej. Jeszcze kilka metrów, zerkam na zegar przy mecie, czas 3.11.25, to czas brutto, więc netto będzie lepszy. Mój zegarek biegowy wskazuje 3.10.53. Trudno mi uwierzyć w to, co widzę! Jestem bardzo szczęśliwy, mam łzy w oczach. Przechodzę dalej, po sprawdzeniu skanerem numeru, medal ląduje mi na szyi.

Za chwilę wolontariusz pyta o rozmiar koszulki, dostaję piękną niebieską koszulkę techniczną Asicsa i pakiet z wodą, batonami oraz środkiem Blackmores na otarcia. Za barierką czeka mój kolega Mick, który do mnie macha i krzyczy. Podbiegam do niego, ściskamy się przez barierkę. Mick ubrał się w biało-czerwony dres, w którym pomagał polskiej misji olimpijskiej w Sydney w roku 2000. Umówiliśmy się przed operą, gdzie nie ma już strefy chronionej biegaczy. Po zrobieniu kilku zdjęć dotarłem tam po kilku minutach. Byłem w niezłej formie fizycznej, jeszcze nie docierało do mnie, jaki czas wykręciłem, zresztą do dziś trudno mi w to uwierzyć!


Wyniki: Zgłoszonych Finiszujących 1st Mężczyźni 1st Kobiety
Sydney Maraton 4,062 3,568 02:15:16 02:28:06
NET TIME PIOTR DASIOS BIB: A205
03:10:52 średnie tempo: 04:31
klasyfikacja generalna: miejsce: 188 z 3,568 (94,73%)
klasyfikacja mężczyzn: 171 z 2517 (93,21%)
klasyfikacja M50-54: 6 z 218 (97,25%)












