Maraton w Mediolanie (2017) cz. 2 – start

Po intensywnym czwartku i piątku postanowiłem sobotę przed maratonem spędzić spokojniej
i trochę wypocząć. Przygotowałem strój maratoński, do koszulki startowej przypiąłem numer, naładowałem zegarek biegowy.  Przez cały dzień nawadniałem swój organizm, przyjmując także sporo węglowodanów. Początek maratonu wyznaczony został na godz. 9.30. Nigdy wcześniej tak późno nie startowałem na królewskim dystansie. Późna godzina rozpoczęcia biegu miała też swoje plusy, nie musiałem się zrywać z łóżka bardzo wcześnie, mogłem zjeść śniadanie w hotelu i, po raz pierwszy, wyjechać na linię startu wraz z partnerką. Odległość hotelu od miejsca startu maratonu to zaledwie kilka stacji metra.

Niedziela, 2 kwietnia. Start

Budzik ustawiony na godz. 6.10 wyłączyłem zanim zaczął dzwonić. Siódmy maraton w moim życiu, a ciągle w głowie napięcie przed startem i nerwy. Chyba nie da się inaczej? Wstałem tak wcześnie, ponieważ postanowiłem zjeść śniadanie w hotelu na trzy godziny przed maratonem. Przy wejściu na salę śniadaniową ustawiła się mała kolejka, głównie biegaczy. Niestety, tłum trochę zaskoczył obsługę, która nie zdążyła wszystkiego przygotować. Moje śniadanie maratońskie składało się z tostów z masłem i dżemem oraz nutellą, wypiłem szklankę soku pomarańczowego i kawę.  Zaplanowałem, że przed wyjściem z hotelu zjem jeszcze banana, później tylko izotonik i woda mineralna. Po powrocie do pokoju zakładam strój biegowy i budzę partnerkę. Dzisiaj ma być pochmurno i chłodno, rano tylko 12 st. C, w ciągu dnia temperatura ma dojść do 18 st. C, nie powinno padać. Pomyślałem, szykuje się idealna pogoda do biegania. Wychodzimy z hotelu po godz. 8.00, do stacji metra jest kawałek drogi. Mam na sobie strój biegowy, na koszulkę założyłem bluzę, powinno mi być ciepło. W torbie spakowałem rzeczy do przebrania po biegu, ręcznik, batoniki, żele… cały majdan.

Na stacji metra Istria pustki, w pociągu jest już więcej ludzi, głównie biegaczy. Przed nami tylko dwa przystanki  i przesiadka na stacji Zara, na żółtą linię metra, którą dojedziemy do stacji Turati, w pobliże linii startu maratonu.  Od tej stacji metra jest dosłownie kilkaset metrów do parku Indro Montanelli, w którym zorganizowano miasteczko biegowe, a po drugiej stronie parku ustawiono linię startu, która jest jednocześnie metą mediolańskiego maratonu. W pociągu metra poznaliśmy dwóch maratończyków z  Wrocławia, towarzyszyła im dziewczyna jednego z nich. Podobnie jak ja zwiedzają i biegają maratony w różnych pięknych miejscach Europy. Rozmawiając, przemieszczamy się wspólnie na linię startu, wraz z gęstniejącym tłumem biegaczy.

Park jest już pełny maratończyków i wolontariuszy, wszyscy podekscytowani oczekiwanym biegiem przemieszczają się, przebierają, rozgrzewają lub szukają swojego sektora startowego. Robi się tutaj naprawdę ciasno. Jest ze mną moja partnerka, nie muszę więc oddawać rzeczy do depozytu. Ściągam bluzę, którą zabiera Renata, umawiamy się, gdzie mamy się spotkać po maratonie, żegnamy się i mogę rozpoczynać rozgrzewkę. Do maratonu zostało pół godziny, pożegnałem się też z poznanymi chłopakami, każdy z nas miał inny sektor startowy i inne ambicje. Przede mną jeszcze pobyt w toalecie i rozgrzewka. Szukając toalet, wszedłem do strefy biegacza, oddzielonej parkanem od reszty parku. Stało tam kilkadziesiąt toi toiów, niestety, przed nimi ustawiła się już spora kolejka, mimo to, zaskakująco szybko znalazłem się w jednym z nich. Po wyjściu powoli rozpocząłem rozgrzewkę, przesuwając się w kierunku linii startu maratonu.  Po drodze, przy bramie wyjściowej z parku  zauważyłem ustawione stanowiska do masażu. Zapytałem wolontariuszy, czy mogę skorzystać z masażu. Usłyszałem potwierdzenie. Dwie młode masażystki robiły co mogły, starając się rozgrzać mięśnie moich nóg. Podziękowałem wolontariuszkom i szybkim krokiem opuściłem park, przemieszczając się wzdłuż ulic Via Palestro i Corsa Venezia do strefy startowej. Po drodze mijałem kolejne sektory, wypatrywałem tabliczki z cyfrą cztery. Tłum biegaczy w poszczególnych sektorach oddzielonych od ulicy metalowymi barierkami był tak duży, że musiałem chodnikiem przemieścić się w kierunku mojej strefy. Na sam sektor organizatorzy wpuszczali biegaczy po opasce na ręce w kolorze danego sektora, którą otrzymywało się przy pakiecie startowym lub po kolorze paska na numerze startowym.

Byłem pod wrażeniem dobrej organizacji tej imprezy, a także dużej liczby zaangażowanych wolontariuszy, którzy wyróżniali się z tłumu jednakowym strojem – dresami z logo maratonu. Przez  większość trasy to oni pilnowali, aby nikt nie zakłócał biegu maratończykom. Znalazłem się wreszcie w swoim sektorze, a do startu zostało kilka minut. Było tutaj dość ciasno, mimo to próbowałem kontynuować rozgrzewkę, w tle grała głośna muzyka, a mocny głos spikera odbijał się od pobliskich kamienic. Zrobiłem kilka zdjęć komórką, czuć było rosnące napięcie wśród biegaczy. Lubię tę chwilę… adrenalina, niepokój, aby po chwili poczuć wolność, ruszyć do walki ze samym sobą. Nagle spiker zapowiedział start, a wystrzał armatni rozsypał chmurę konfetti nad głowami biegaczy z początkowych sektorów. Tłum maratończyków drgnął, po chwili ruszył w kierunku linii startu, nabierając tempa. Przekroczenie linii startu zajęło mi półtorej minuty.  W tym czasie biegacze zrzucali z siebie zbędne bluzy i ochraniacze, zagrzewani do walki przez zebrany tłum kibiców. Przez pierwszy kilometr, mimo szerokiej ulicy, było bardzo ciasno, a zegarek pokazał mi tempo 5.24 min/km. Wiedziałem, że przyspieszanie w takich warunkach jest ryzykowne, postanowiłem trochę odczekać do chwili, kiedy tłum biegaczy jeszcze bardziej się rozciągnie. Nie musiałem długo czekać, na drugim lub trzecim kilometrze mogłem już przyspieszać, próbując stabilizować  tempo na 4.45 min/km. Od startu nie mogłem złapać właściwego rytmu biegowego, raz kilometr kończyłem w tempie 4.35, aby następny kilometr pobiec 4.50. Już w sektorze startowym wypatrywałem peacemakerów, którzy zwyczajowo są oznaczeni niebieskimi balonami. W sektorze, w niedalekiej odległości ode mnie, dostrzegłem wreszcie dwóch. Jednak po starcie baloniki bardzo oddaliły się ode mnie, nie mogłem nic zrobić, czekałem, aż tłum biegaczy mocniej się rozciągnie. Liczyłem, że po kilku kilometrach dogonię chłopaków i to oni przejmą kontrolę tempa mojego biegu. Póki co zdany byłem na siebie, próbując łapać rytm.

Każdy miejski maraton oferuje takie ułożenie trasy maratońskiej, która uwzględnia najcenniejsze zabytki, „perełki” architektury,  place, ogrody miejskie czy pomniki. W Mediolanie było podobnie, szczególnie, że to miasto obfituje w tego typu „perełki”, dokładając jeszcze do tego dzielnicę mody. Bieganie trasą maratońską w danym mieście pozwala mi często zobaczyć miejsca wcześniej nieodkryte, do których nie dotarłem, bo brakowało mi czasu, lub które pominąłem. Przykładem może być samo miejsce startu i mety maratonu czyli ogród Montanelli, kiedyś siedziba mediolańskiego zoo, dziś Planetarium i Muzeum Historii Naturalnej. Biegnąc dalej, na drugim kilometrze, podziwiałem „Nowy Mediolan”, niezwykłą część miasta przechodzącą od urokliwych starych domów w Isoli, po niezwykłe bardzo nowoczesne drapacze chmur, z wypuszczonymi zielonymi balkonami na Porta Nova (Nowa Brama). Rozglądając się, musiałem uważać, ponieważ wciąż spory tłum biegaczy stanowił duże zagrożenie nieprzewidzianej kolizji. Kilka takich przypadków oglądałem na tym i wcześniejszych maratonach. Następnie przebiegam obok Stazione Centrale, czyli mediolańskiego dworca kolejowego, wyróżniającego się piękną monumentalną architekturą. Miałem już okazję go wcześniej oglądać, tutaj dojeżdżają i odjeżdżają autobusy rejsowe m.in. z lotniska Bergamo.

Biegnie mi się dobrze, jest dość chłodno, a niebo szczelnie zasłaniają chmury. Udało mi się w końcu ustabilizować tempo biegu. Przemieszczamy się do ścisłego centrum starego miasta, zmienia się tutaj nawierzchnia ulic, z asfaltowej na granitową poprzecinaną siecią szyn tramwajowych. Pierwsze stoiska z wodą mineralną postawiono zgodnie z planami na piątym kilometrze. Wolontariusze mocno uwijali się, odkręcając plastikowe butelki wielkości 250 ml, stawiając je na stolikach lub wkładając bezpośrednio w ręce biegaczy. Generalnie, lubię podczas biegu pić z plastikowej butelki dużo bardziej niż z kubka, jest to wygodne i praktyczne. Przy takiej ilości biegaczy organizacja punktów z wodą, później także z izotonikami, owocami, nawet ciastkami, a przy końcu maratonu z żelami energetycznymi, to nie lada wyzwanie. Uważam, że był to najsłabszy punkt tego maratonu. Stoiska były zbyt krótkie względem ilości maratończyków, co skutkowało dużym tłokiem i zamieszaniem na tych odcinkach trasy. Wolontariusze nie nadążali z odkręcaniem butelek czy napełnianiem kubków, w których były podawane izotoniki. Nie było też dobrym pomysłem ustawienie izotoników bezpośrednio po stanowiskach z wodą. Natomiast podobało mi się oznaczanie tych punktów tablicami informacyjnymi na trasie biegu, 150 metrów przed stanowiskami. Jest to świetne rozwiązanie, gdy przyjmujesz żele energetyczne.

Ale wracam do szlaku maratonu. Na siódmym kilometrze mijamy budynek mediolańskiej La Scali (Teatro Alla Scala). Ta najsłynniejsza scena operowa w Mediolanie i we Włoszech, jest jedną z najsłynniejszych również na świecie. Gmach teatru w stylu neoklasycznym zaprojektował architekt Giuseppe Piermarini. Ten odcinek znam najlepiej, ponieważ tutaj przeważnie rozpoczynają się trasy wędrówek dla zwiedzających Mediolan. Na ósmym kilometrze mijamy najbardziej rozpoznawalny symbol Mediolanu, gotycką Katedrę Duomo – trzeci co do wielkości kościół na świecie.  Na tym granitowym odcinku trasy widoki wspaniałych mediolańskich zabytków i tłumy trochę zaskoczonych turystów rekompensują trudy biegania. Na dziewiątym kilometrze mijamy kolejny dworzec kolejowy Milano Cadorna. Zaraz później ustawiono stanowiska z wodą i izotonikami, wyłożone są także owoce: mandarynki i banany. Tutaj biorę już drugi żel energetyczny. Każde 10 km trasy maratońskiej oznaczone jest  dmuchaną bramą, przekraczając ją, łapię czas na swoim zegarku: 49.17 minut. Tempo mam dobre i stabilne, biegnie mi się luźno i przyjemnie, nie odczuwam zmęczenia. Pomyślałem tylko, jak długo? Teraz mogę skupić się na trasie maratonu i biegaczach, których wkoło mnie jest ciągle dużo. Tutaj dostrzegam sens łączenia ludzi z podobnymi czasami w sektorach startowych, doceniając bardzo wyrównany poziom przygotowania biegaczy.

Przyglądam się maratończykom, wokół mnie Włosi, Francuzi, jest Czech i Łotysz, głownie mężczyźni, ale dostrzegam też kilka dość młodych kobiet, które nie odpuszczają. Mam wrażenie, i zauważyłem to jeszcze na starcie, że to najpoważniejszy maraton, z tych, w których uczestniczyłem, nie zauważyłem ani przebierańców, ani też specjalnej radości – tylko sportową rywalizację. Jeden biegacz zwrócił szczególnie moją uwagę, ponieważ biegł  boso i to w dość dużym tempie. Byłem pod wrażeniem. Biegnę dość szybko i jestem mocno zdziwiony, że ciągle jeszcze nie dogoniłem pacemakerów, a minąłem już pierwszą dziesiątkę. Pomiędzy 11 a 12 kilometrem skręcamy w prawo i biegniemy ulicą Via Washington, którą po 1,2 km będziemy też wracać. Mam okazję popatrzeć na czołówkę maratonu, oczywiście bez Kenijczyków, ci już dawno opuścili ten odcinek, ale oni są z innej bajki… Na 12 kilometrze głośna muzyka live – to zespół muzyczny wspiera biegających, w tych miejscach ustawia się też więcej kibiców. Muszę przyznać, że zainteresowanie mieszkańców maratonem, było nie za duże, podobnie samo kibicowanie. Mam wrażenie, że większość mediolańczyków czynnie uczestniczy w tej imprezie. Po długim prostym odcinku, skręcamy dwa razy w prawo, rozłożone są tutaj stanowiska z wodą i owocami – to oznacza, że jestem na 15 km trasy. Po chwili obiegamy „City Life”, supernowoczesną dzielnicę, zbudowaną według idei zrównoważonego rozwoju. Dzielnica ta powstała nieopodal starego miasta, pełni  funkcje mieszkaniowe, biznesowe i handlowe, otoczona jest dużymi terenami zielonymi.

Na 17 kilometrze znów muzyka na żywo, która porywa biegaczy do większego wysiłku, a warunki pogodowe temu sprzyjają, bo cały czas jest chłodno i pochmurno. Dobrze, że nie pada, nie lubię jak mi w butach chlupie woda… Cały czas utrzymuję swoje tempo, biegnie mi się dobrze, sam jestem zaskoczony. Jedna rzecz mnie trochę męczy, pełny pęcherz. Biegacze, głównie panowie, żeby zaspokoić potrzeby fizjologiczne wykorzystują uwarunkowania terenu: krzaki, drzewa, zarośla, u mnie jeszcze nie ma dramatu. Doświadczenia praktyczne z innych maratonów podpowiadają mi, że jest szansa wszystko wypocić. Zobaczymy. Trasa maratońska zrobiła się dość  prosta, jest sporo długich, nawet kilkukilometrowych odcinków, które sprzyjają utrzymywaniu równego tempa. U mnie pora na trzeci już żel energetyczny, akurat za kilkaset metrów będą stanowiska z wodą i owocami. Zbliża się półmetek maratonu i chwila prawdy. Chociaż nie zakładałem walki o życiówkę, to lekkość, z jaką dzisiaj biegnę, praktycznie bez zmęczenia, daje nadzieję na dobry wynik. Półmetek mijam z czasem netto 1.42.46. Pomyślałem – nieźle, ale jak utrzymać takie tempo na drugiej połówce? Zobaczymy, jak będzie. Na 23 kilometrze mijamy mediolański hipodrom oraz piłkarski stadion San Siro, na którym rozgrywają mecze dwa mediolańskie kluby piłkarskie z Serie A: AC Milan i Inter. Sam stadion robi wrażenie swoim rozmiarem i mocno futurystyczną architekturą, w której wyróżniają się okrągłe kasy biletowe sięgające korony stadionu. Niestety, zabrakło mi czasu, aby go zwiedzić.

Biegnę, zaliczam kolejny punkt z wodą i owocami, są tutaj nawet ciastka. Używając  żeli, nie korzystam ani z owoców, ani z innych słodkości, pilnuję tylko wody i izotoników. Praktycznie po przekroczeniu połówki maratonu nie wypuszczam już z ręki butelki z wodą, wymieniając ją w punktach na pełną. Już kilka razy pojawiły się stanowiska odświeżające z wodą i gąbkami. Raz udało mi się skorzystać z odświeżania, przy dość chłodnej i pochmurnej pogodzie nie odczuwałem większej potrzeby. Od połówki maratonu trasa rozciąga się praktycznie cały czas wzdłuż kilku mediolańskich parków miejskich: Monte Stella, di Trenno i del Partello.  Wzdłuż Parku di Trenno jest najdłuższa prosta mająca może 2,5 km, przy której funkcjonują dwa punkty z muzyką na żywo. Zbliża się 30 kilometr maratonu, a kolejny, czwarty żel energetyczny wzmacnia moje siły przy punkcie żywieniowym. Mijam następną dmuchaną bramę i łapię czas netto 2.25.15. Dobry wynik – pomyślałem – tak trzymaj! Druga dobra wiadomość: dopadłem peacemakerów, tych z czasem na 3.30. Nad naszymi głowami nieśmiało zza chmur pokazuje się słoneczko i robi się trochę cieplej, jest już południe, a prognozy wskazywały 18 st. C. Sprawdziły się. Utrzymuję nadal tempo, ale już czuję trudy tego maratonu – w prawej nodze, w kolanie lekki ból. Nie tylko ja odczuwam skutki biegu. Co jakiś czas któryś z biegających staje, odpuszcza, niektórych dopadają też skurcze. Biegnę równo i to wystarcza, żebym cały czas wyprzedzał biegaczy koło mnie. Z tyłu zostawiłem też peacemakerów, systematycznie powiększając nad nimi przewagę. Sam jestem w szoku, że na tym etapie maratonu udaje mi się utrzymać  tak dobre,  jak na mnie, tempo biegu. W pewnym momencie słyszę za plecami: „Piotruś, dawaj!”. To biegacz z Polski właśnie mnie wyprzedzał, z tyłu na koszulce miał białego orła i napis Poland. Od razu zrobiło mi się przyjemniej, mimo że zostawił mnie z tyłu. Mijam kolejny punkt z muzyką na żywo, wokalistka śpiewa jakieś mocne kawałki rockowe. Coraz więcej kibiców ustawionych przy trasie maratonu. Na 35 kilometrze, w punkcie żywieniowym, wolontariusze rozdają żele energetyczne, biorę jeden. Ciekawa, dość płynna konsystencja żelu, wygodna do użycia, nawet bez wody. To powinno mi wystarczyć już do mety. Mam lekki kryzys, czarne myśli krążą mi po głowie, zwalniam do 4.55 min/km. Do mety zostało może z sześć kilometrów. Mobilizuję się, podkręcam tempo, zostawiając za sobą coraz więcej biegaczy, nie mogę w to uwierzyć. Myślę, jeszcze jeden kilometr w dobrym tempie, będę bliżej mety, jeszcze jeden… rozpoczęła się walka ze słabościami. Na 39 kilometrze ukazały się mury Zamku Sforzów, który miałem okazję oglądać. Przede mną ostatni punkt żywieniowy, nawet nie zabieram nowej wody, została mi jeszcze końcówka starej, którą wypijam, odrzucam butelkę, już mi nie będzie potrzebna. W punkcie żywieniowym wyprzedzam Polaka, który wcześniej mnie prześcignął. Mam jeszcze moc, już wiem, że poprawię życiówkę.

 Do mety może z półtora kilometra, wyciągam z saszetki polską flagę z napisem Ostrowiec  Świętokrzyski, którą trzymam przed sobą. Tłum kibiców gęstnieje, podobnie doping. Ostatni skręt w lewo i prosta do mety, staram się przyspieszyć. Wypatruję Renaty, która powinna być niedaleko mety, po lewej stronie. Jest, widzę ją! Stoi w gęstym tłumie, przy barierce oddzielającej jezdnię od chodnika. Macham do niej flagą, widzi mnie, próbuje robić zdjęcia. Do mety mam 50 metrów, usiłuję jeszcze przyspieszyć i wbiegam na linię mety. Kątem oka łapię czas na dużym zegarze, na linii mety: 3.25.16 to czas brutto, więc jest życiówka i to poprawiona, jak się później okazało o prawie 5 minut. Jestem bardzo szczęśliwy, łzy napływają mi do oczu, mam tak na mecie każdego maratonu. Po chwili młoda wolontariuszka wkłada mi na szyję medal, przesuwam się w głąb ulicy, instruowany przez wolontariuszy. Następnie torba z napojami, owocami i słodyczami ląduje w moich rękach, później jeszcze jakieś jogurty… i wreszcie docieram do parku. Pomyślałem o masażu, ale duża kolejka skutecznie mnie zniechęciła. Moja partnerka powoli przebija się do mnie, umówiliśmy się przy dużej karuzeli w parku. Jesteśmy już razem, szczęśliwi. Kolejny maraton za mną i kolejna życiówka.

 

17 EA7 Emporio Armani Milano Marathon

data: 02.04.2017 rok
nr bib startowy: 3117
czas netto: 3.23.46,  miejsce open: 1047, w kategorii M 50-54: 122 miejsce

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *